Komisja Europejska zaproponowała 17 lipca 2026 r. reformę unijnego systemu handlu emisjami (ETS), która wydłuża i spowalnia proces redukcji emisji dla przemysłu, dając firmom więcej czasu na transformację energetyczną. Polski rząd ogłasza to jako „milowy krok” i „ogromny sukces polskiej dyplomacji” – minister klimatu Paulina Hennig-Kloska podkreśla, że Komisja Europejska wzięła pod uwagę polski głos w negocjacjach. Czy jednak entuzjazm rządu jest w pełni uzasadniony? Sprawdźmy, co faktycznie zmienia się w systemie i jakie mogą być tego długofalowe konsekwencje.
Co to jest ETS i dlaczego reforma jest ważna?
System handlu emisjami (EU ETS) to unijny mechanizm, w którym firmy emitujące CO2 muszą kupować uprawnienia do emisji, a ich liczba z roku na rok systematycznie się zmniejsza, zmuszając przemysł do inwestowania w czystsze technologie. Dotychczasowe tempo redukcji tych uprawnień było jednym z najbardziej ambitnych elementów unijnej polityki klimatycznej, ale też źródłem sporów – zwłaszcza w krajach z przemysłem energochłonnym, jak Polska.
Jakie zmiany proponuje Komisja?
W praktyce reforma oznacza, że tempo ograniczania limitu uprawnień do emisji CO2 spadnie z 4,4% rocznie w latach 2028-2030 do 3,7% w latach 2031-2035, a od 2036 r. wyniesie już tylko 1,7% rocznie. Wśród konkretnych efektów negocjacji, na które powołuje się polski rząd, są:
- Przesunięcie momentu wyczerpania puli uprawnień emisyjnych z 2039 na 2049 rok, co daje przemysłowi dekadę dodatkowego czasu;
- Przedłużenie działania Funduszu Modernizacyjnego, wspierającego kraje o niższych dochodach (w tym Polskę), do 2040 roku;
- Powstanie nowego mechanizmu Investment Booster, funduszu wspierającego inwestycje w przemyśle;
- Zwiększenie wartości darmowych uprawnień dla przemysłu energochłonnego o 6 mld euro do 2030 roku.
Premier Donald Tusk skomentował propozycję Komisji bardzo entuzjastycznie, stwierdzając, że dzięki naciskom Polski, ta „ma jeszcze bardziej uprzywilejowaną pozycję w porównaniu do innych krajów”.

Tylko czy jest się czym cieszyć?
Wolniejsze tempo redukcji emisji to w praktyce więcej czasu na zwłokę, a Polska od lat wykorzystuje takie okna czasowe do odkładania realnej transformacji energetycznej, zamiast przyspieszać inwestycje w dekarbonizację. Historia pokazuje, że każde wydłużenie terminu bywa traktowane jako pretekst do odsunięcia trudnych decyzji inwestycyjnych na później, a nie jako impuls do szybszego działania. Terminów nie da się jednak przesuwać w nieskończoność – unijny cel redukcji emisji o 90% do 2040 roku pozostaje w mocy.
To jeszcze nie koniec procesu legislacyjnego
Warto pamiętać, że propozycja Komisji Europejskiej to dopiero punkt wyjścia, a nie ostateczna wersja przepisów. Ostateczny kształt reformy zależy jeszcze od negocjacji w Radzie UE i Parlamencie Europejskim, co oznacza, że szczegóły – w tym konkretne wskaźniki tempa redukcji emisji czy zasady przyznawania darmowych uprawnień – mogą się jeszcze zmienić w toku dalszych rozmów. Dla polskiego przemysłu i konsumentów energii oznacza to, że warto śledzić dalszy przebieg negocjacji, zamiast już teraz traktować lipcową propozycję jako gotowy, wiążący plan.
Co to oznacza dla Polski w praktyce?
Dla polskiej gospodarki, silnie uzależnionej od węgla i przemysłu energochłonnego, wydłużenie terminów i zwiększenie wsparcia finansowego może realnie ułatwić transformację energetyczną – pod warunkiem, że środki te zostaną faktycznie wykorzystane na inwestycje, a nie na przedłużanie status quo. To pytanie pozostaje otwarte i będzie kluczowe dla oceny, czy reforma ETS okaże się sukcesem, czy tylko odsunie problem w czasie.