Mamy koniec lata, a susza w Polsce osiągnęła rozmiary, jakich długo nie notowano. Wodowskaz na Warszawskich Bulwarach spadł 30 sierpnia do historycznego minimum, a rolnicy w wielu regionach kraju liczą już poważne straty w plonach. Czy odzyskają choć część pieniędzy z polis ubezpieczeniowych albo z pomocy państwa? Wraz z narastającym kryzysem klimatycznym coraz trudniej o ubezpieczenie od jego skutków – i to nie tylko na wsi. Warto sprawdzić, jak wygląda to również w przypadku zwykłych, miejskich polis – samochodu czy mieszkania.
Rolnik zostaje sam z ryzykiem
Susza to dziś jedno z najtrudniejszych do ubezpieczenia ryzyk w rolnictwie. W przeciwieństwie do gradu, który uderza punktowo, susza obejmuje jednocześnie ogromne obszary kraju. Dla ubezpieczycieli to potężne ryzyko, z którego coraz częściej po prostu rezygnują. Eksperci rynku ubezpieczeniowego mówią wprost, że w niektórych regionach np. w Wielkopolsce, gdzie susza rolnicza występuje praktycznie co roku, to ryzyko od dawna jest już właściwie nieubezpieczalne na zasadach rynkowych.
Skalę problemu dobrze pokazują globalne statystyki. Według szacunków firmy analitycznej Verisk, w typowym roku katastrofy naturalne kosztują świat około 450 mld dolarów, z czego ubezpieczenia pokrywają niecałą połowę tej sumy. W USA duzi ubezpieczyciele – m.in. State Farm czy AIG – wycofali się z najbardziej zagrożonych regionów, takich jak Kalifornia po serii pożarów czy Floryda po kolejnych huraganach. W Polsce na razie tak źle nie jest. Eksperci rynku podkreślają, że głównym krajowym ryzykiem pozostaje powódź, choć przybywa szkód związanych z silnym wiatrem i podtopieniami.
Auto: uwaga na szyby
Obowiązkowe OC chroni wyłącznie osoby trzecie – jeśli drzewo powalone wichurą zniszczy Twój samochód, z OC nie dostaniesz złotówki. Ochronę własnego pojazdu przed skutkami żywiołu daje dopiero autocasco (AC), najczęściej w wariancie obejmującym pożar, huragan, grad, uderzenie pioruna, powódź czy osunięcie ziemi. Warto też pomyśleć o assistance, które pokryje choćby odholowanie auta uszkodzonego lub unieruchomionego przez zalaną drogę. W kontekście jesiennych huraganowych wiatrów bardzo ważne jest ubezpieczenie szyb, które często jest dodatkowo płatne. To właśnie szyby najczęściej padają ofiarą wiatru niosącego gałęzie czy inne przedmioty.

Dom: podtopienie i powódź to dwa różne ryzyka
W przypadku ubezpieczenia nieruchmości kluczowe kwestie są zazwyczaj zapisane w ogólnych warunkach ubezpieczenia (OWU), na które rzadko kto zwraca uwagę przy podpisywaniu polisy.
Po pierwsze, powódź i podtopienie to w oczach ubezpieczyciela dwa różne zdarzenia. Powódź to zalanie wywołane wezbraniem wód płynących lub stojących, podtopienie – efekt lokalnych, intensywnych opadów czy podniesienia się wód gruntowych. Polisa może pokrywać jedno, a wykluczać drugie – bez sprawdzenia OWU się tego nie dowiemy. Ochrona od powodzi bywa przy tym dodatkowo płatnym rozszerzeniem, a nie elementem podstawowego pakietu, a dla adresów leżących na mapach zagrożenia powodziowego niektórzy ubezpieczyciele w ogóle odmawiają jej sprzedaży albo naliczają wysoką składkę i franszyzę (czyli udział własny w szkodzie). Wody gruntowe zwykle są wyłączone ze standardowej ochrony niezależnie od tego, czy mamy wykupioną powódź.
Po drugie, silny wiatr i huragan też mają często swoje definicje. Przykładowo OWU może zakładać, że wypłata ubezpieczenia należy się jedynie w przypadku konkretnego progu prędkości wiatru np. w przedziale 54–86 km/h. Niektóre OWU idą dalej: pojedynczą szkodę uznają za skutek huraganu tylko wtedy, gdy podobne zniszczenia potwierdzono też u sąsiadów.
Po trzecie, odszkodowania można się też nie doczekać przy zaniedbaniach – np. jeśli szkodę po nawalnym deszczu spowodował zły stan dachu, a nie sama ulewa.
Zatem zanim przyjdzie kolejna nawałnica czy fala upałów, warto raz na jakiś czas zajrzeć do OWU własnej polisy domu i samochodu – sprawdzić, jak zdefiniowano tam powódź, podtopienie i silny wiatr.