Przemysław Czarnek, kandydat PiS na premiera, ogłosił w Krakowie koniec „OZE-sroze” i powrót do węglowej potęgi. Problem w tym, że liczby nie współgrają z jego obietnicami.
Co obiecuje Czarnek?
7 marca 2026 roku w krakowskiej Hali Sokoła padły hasła, które dla prawicy brzmią znajomo od lat: „Nie mamy żadnego Zielonego Ładu, żadnych OZE-sroze dofinansowanych z dopłatami. My mamy nasz węgiel”. Mówił też o wyjściu z ETS – unijnego systemu handlu emisjami CO₂. Dla politycznej retoryki to sprawdzony chwyt. Dla energetyki – coraz trudniejszy do pogodzenia z rzeczywistością.
Boom, który PiS sam zbudował
Dziesięć lat temu polska fotowoltaika raczkowała. Na koniec 2016 roku moc zainstalowana w całej branży wynosiła zaledwie 0,24 gigawata. W 2022 roku – ponad 22 gigawaty. Ten skok zawdzięczamy w dużej mierze polityce rządu, który dziś nazywa OZE „sroze”. Program „Mój Prąd” z budżetem miliarda złotych, ogłoszony w lipcu 2019 roku przez premiera Mateusza Morawieckiego, system rozliczeń prosumentów, Orlen i Baltic Power – to wszystko działo się za rządów PiS.

Paradoks Czarnka
Każdy z tych kroków budował system, który dziś Czarnek deklaruje się zdemontować. Paradoks jest o tyle oczywisty, że sam skorzystał z tych rozwiązań – jego instalacja fotowoltaiczna została podłączona w listopadzie 2021 roku i korzystała z unijnych dotacji. Okres trwałości projektu kończy się w listopadzie 2026 r., co oznacza, że wcześniejszy demontaż wiązałby się ze zwrotem dofinansowania wraz z odsetkami. Idealnie się złożyło, prawda?
ETS i węgiel: rachunek, który się nie zgadza
Czarnek proponuje też wyjście z ETS (unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji CO₂), który w 2026 roku ma przynieść Polsce 20,5 miliarda złotych wpływów. Jak to działa? Każde uprawnienie to prawo do wyemitowania jednej tony dwutlenku węgla. Polskie elektrownie, emitując najwięcej CO₂ w Europie, kupują najwięcej uprawnień na aukcjach. Część przychodów z tych aukcji wraca do budżetów krajów członkowskich. Dla Polski w 2026 roku to ok. 20,5 miliarda złotych – na „Czyste Powietrze”, osłony przed drożyzną energii i modernizację ciepłownictwa. W skrócie: im więcej Polska emituje, tym więcej musi kupić uprawnień – ale tym samym więcej wraca do budżetu na transformację. Gdyby Polska wyszła z ETS, nie tylko straciłaby ten strumień przychodów, ale musiałaby płacić CBAM – graniczny podatek węglowy przy imporcie towarów do UE, który równoważy ceny uprawnień między producentami wewnątrz i poza Unią. W praktyce oznacza to, że wyjście z ETS nie zwalnia z płacenia za emisje – tylko przerzuca je z systemu wewnętrznego na graniczny.

To nie strategia. To kampania
Wystąpienie Czarnka w Krakowie to nie strategia energetyczna. To kampania wyborcza, która ignoruje liczby, fakty i własne dokonania prawicy.
Zdjęcie główne wpisu: Grafika na podstawie fot. Adrian Grycuk/CC BY-SA 3.0-pl/Wikimedia Commons.